|
niedziela, 20 maja 2012
Taki piękny, spokojny miałam dzień, dopóki nie przeczytałam notki kolegi po bloxie. No, żesz...Czy jako sympatyk i wyborca Platformy nie mam prawa jej krytykować? Ależ mam. Nie tylko prawo, ale i obowiązek. Nie chcę głosować na partię nieomylną, z szefem typu duce, z którą i z którym można się wyłącznie zgadzać, bo jak nie to do kąta. Taką partię już mamy i jedna zdecydowanie wystarczy na scenie politycznej. Dla odstraszającego przykładu. Denerwuje mnie ciągłe czepianie się rządu z powodu niedokończonych dróg. Nie podoba mi się, że ludzie będą pracowali do 67 r.ż., ale wiem, że po prostu, na ten czas, innego, lepszego pomysłu na stabilność państwa nie ma. Do białej gorączki doprowadza mnie PiS z tym swoim "wszystko źle", ale nie piszę o tym, bo tak sobie założyłam, że nie pozwolę, by narzucali mi temat do notek. Idea Platformy jest mi bliska, co nie znaczy, że mam bezkrytycznie, jak kurka, potakiwać główką na wszystko, co robi. Niby czemu? Bo nie ma innej opcji? To nie jest żaden argument, to jest szantaż. Na miejscu kolegi blogera to ja bym się nie bała utraty głosów przez PO ze strony tych, co głośno i zasadnie pokazują jej błędy, bo ci równie zasadnie dostrzegą jej zalety. Obawiałabym się tych, którzy milczą. To niezdecydowana 1/3 wyborców. Nie czytają blogów, ale też nie są bezrozumni, a widzą to, co my. Więc na miejscu Platformy wzięłabym sobie do serca uwagi tych, których sercom jest bliska, bo przecież nie o jej upadek im chodzi.
czwartek, 17 maja 2012
Są takie zajęcia, w trakcie których można słuchać i myśleć. No więc słucham, zastanawiam się i ogarnia mnie przerażenie. Kryzys nie chce się skończyć. Ile to już lat? Gorzej - ma się coraz lepiej, dno jest już prawie w zasięgu nóg, a na pewno wzroku. Nikt nie wie, jak z niego wyjść. Nie było po prostu w skali świata takiego tworu jak Unia i w związku z tym brak doświadczeń. Przypomina mi się stary dowcip o komunie, że naukowcy powinni ten eksperyment najpierw przeprowadzić na szczurach. Od 1-wszego stycznia mają zostać uwolnione ceny prądu i przewiduje się w związku z tym 40% towe podwyżki. W sumie wszystkiego. Wiem, że sieć przesyłowa jest w tragicznym stanie, od lat wymaga remontu i działa na słowo honoru, dłużej tak nie pociągnie, ale mimo to mam ogromne wątpliwości, czy kryzys to najlepszy czas na takie decyzje. Mój budżet tego nie wytrzyma. Do tego dojdą podwyżki związane z Euro. Piszę, co słyszę, a słucham także stacji biznesowych. Mają być przejściowe, ale jakoś mnie to mało pociesza. Jestem zachęcana medialnie, żeby patriotycznie cieszyć się z Euro, bo...(tu padają liczne, nawet zasadne argumenty), przy czym, prawie jednym tchem, straszy się ludzi kibolami, głównie ruskimi, terrorystami, zalewem prostytucji i narkotyków, blamażem, bo drogi...no, dróg nie ma. Ciekawe, skąd mam brać tę euforyczną radość w takim kontekście? Mój niepokój potęguje działanie rządu i podległych mu służb porządkowych. Jeśli nie potrafi on zapewnić bezpiecznego opuszczenia posłom swego miejsca pracy, to jak chce mnie obronić przed terrorystami i kibolami? Szef rządzącej partii nie potrafi stanąć w obronie swoich kolegów, którzy nie raz na swoje barki brali obronę jego wpadek, jak więc mam ufać, że obroni i wesprze kogoś takiego, jak ja? Część opozycji działa ewidentnie na szkodę państwa. Wspiera się przy tym na kościele i związkach zawodowych. O ironio, i jedni i drudzy są finansowani przez to państwo właśnie. Naturalnym i zdrowym odruchem byłoby pozbycie się tak uciążliwych beneficjentów z budżetu. Nie, nie z zemsty, ale dla dobra ogółu, bo we wszystkich relacjach klarowność jest zdrowa. Może, gdyby kościół utrzymywali wierni, to w końcu mogłabym się w kościele pomodlić i szukać duchowego wsparcia zamiast słuchać gorszących kazań? Może, gdyby związki zawodowe utrzymywały się tylko ze składek swoich członków, to zamiast komandosa Dudy mielibyśmy autentycznego swego reprezentanta? Swoją drogą, to za czasów pierwszej Solidarności komandosem nazywano Adama Michnika. Jaka Solidarność, tacy komandosi. Teraz zawodowi. Idzie nowe. Jak prorokuje się jest to czas dla lewicy. Hollande rzuca hasło o konieczności ożywienia gospodarczego i walce z bezrobociem. Piękne i mądre hasło. Nie dosłyszałam tylko, jak chce to zrobić. No i są dwie Polski, choć linia przebiega nie tak, jak chciałaby destrukcyjna część opozycji. Na spotkaniu towarzyskim, w czasie luźnej, wcale nie politycznej rozmowy, słyszę: "normalne jest, że ludzie wyjeżdżają na urlop za granicę" i szczęka mi opada, bo właśnie usłyszałam, że 60 % Polaków nigdzie nie wyjeżdża na urlop. Potem pada jakaś kwota z poprzedzającym ją "tylko". I znowu słucham i nie wierzę, że oni naprawdę wierzą, że dla wszystkich to "tylko". Ale wierzą. Ba, są o tym święcie przekonani. No, może nie dla jakiegoś marginesu...Tylko, że ten margines, dla którego to nie "tylko", a "aż", jest coraz szerszy. W poglądach politycznych nadal jesteśmy po tej samej stronie, ale jak długo? W poglądach na życie i związane z nim realia, już nie. Mówimy o innych Polskach. Słucham i myślę, że myślenie bardzo mi szkodzi, bo czuję się coraz gorzej. I podejrzewam, że tylko ja tak mam i chyba ze mną coś nie halo, bo gdyby było inaczej, to ktoś też by się odezwał, podzielił niepokojem o przyszłość. Pojawiają się wprawdzie pojedyncze głosy, ale to pewnie tacy sami malkontenci i nieudacznicy, jak ja.
niedziela, 13 maja 2012
Dwa zwroty używane często w debacie publicznej działają na mnie, jak płachta na byka: "ten kraj" i "zwykli ludzie". Zwyczajnymi ludźmi najchętniej posługuje się opozycja, namiętnie wprost - Adam Hofman. Co ten zwrot znaczy? Nie wiem. Ilekroć słyszę o zwyczajnych ludziach, zastanawiam się, czy to o mnie też mówią? No, w końcu nadzwyczajna nie jestem, ale to, co mówią, jakby mnie nie dotyczy. Więc kogo? Ktoś mi tłumaczył, że "statystycznego Polaka". Ok., ale statystycznego pod jakim względem? Wzrostu? Wagi? IQ? No bo jak ma np. 2m, 170 kg, IQ 140, to już nie? A może zwyczajny człowiek, to szary obywatel, tylko się tego przymiotnika o odcieniach nie używa, przez delikatność, żeby komuś do głowy nie przyszło, że to o "ciemny lud" idzie? To wyjaśnienie też mi nie pasuje, bo po co byłoby robić sobie tyle zachodu dla jakiegoś ciemnego luda? I tak pozostałam bez definicji, co mnie specjalnie nie dziwi, bo zwyczajni ludzie, to nie opis jakiejś kategorii obywateli, tylko ordynarna wrzutka piarowska, która ma pokazać, że używający jej pochyla się z zatroskaniem nad tobą, i tobą, i tobą. O ile czujecie się zwyczajni. To o czym piszę, nie jest wbrew pozorom błahą sprawą. Wiele takich wrzutek, używanych nagminnie i perfidnie, sączy się jak jad w głowy wyborcom. Zupełnie bezkarnie. Nie ma na to paragrafu. Są za to zyski w postaci politycznego kapitału: oto my, przedstawiciele ludu pracującego miast i wsi, nie, sorki, zwyczajnych ludzi, obronimy was przed wszelkim złem ze strony...przeciwnika politycznego, oczywiście. To prymitywna, ale jakże skuteczna socjotechnika dzielenia ludzi na tych zwyczajnych i tych... (wpisać aktualnie rządzących i ich zwolenników). O tych, którzy Polskę nazywają "tym krajem", nawet mi się pisać nie chce.
sobota, 12 maja 2012
Poseł Kłopotek tak się przejął niehumanitarnym traktowaniem kobiet przez autora projektu ustawy emerytalnej (czy mi się zdaje, czy to minister z PSLu?), że postawił wszystko na jedną kartę i odważnie złamał dyscyplinę partyjną. Szczególnie doskwiera mu los wiejskich kobiet, gdyż praca tam bardzo ciężka i nie wyobraża sobie, jak sobie poradzą z nią w wieku 67 lat. Wcześniejsze emerytury będą głodowe, bo wiadomo, kobiety mniej zarabiają i mają krótsze okresy składkowe (ciekawe, czemu?). Ja się w pełni zgadzam z posłem Kłopotkiem. Kobiety na wsi mają przechlapane, choć akurat nie z powodu ustawy emerytalnej. Zawsze miały. Jak ktoś zna wieś, to wie, że cięższe prace wykonuje mężczyzna, zaś te dodatkowe, lżejsze kobieta. Tyle tylko, że te cięższe takie znowu już ciężkie nie są, bo motoryzacja weszła na wieś dawno temu, a poza tym trwają intensywnie, ale krótko. Zaś praca kobiet nie kończy się nigdy, czy to świątek, piątek, czy niedziela. Do tego dochodzą dzieci, opieka nad rodzicami, dbałość o ciężko pracującego męża. Takimi pierdołami przecież chłop się zajmować nie będzie. Swoją godność ma. No i musi po pracy odpocząć. Znaczy nawalić się jak stodoła. Alkohol to na wsi prawdziwy problem głównie dlatego, że nikt nie widzi w tym problemu. To autentyczna rozmowa z 12-letnią wtedy, dziewczynką, mieszkanką Mazowsza: - Proszę pani, a Goździkowa to na przystanku opowiadała, że jej chłop nie pije, ale chyba kłamała, bo przecież wszyscy piją? (patrzy na mnie badawczo) - Nie Zosiu, nie wszyscy piją. Widzę, że mi nie wierzy. I ma rację. Po kilku latach to śliczne, kochane, dobre dziecko staje się żoną jednego z kolejnego pokolenia wiejskich pijaczków. Może chociaż nie będzie jej lał, jak ojciec matkę? No więc jeśli już się tak pan przejmuje, pośle Kłopotek, losem wiejskich kobiet, to może zacząłby pan promować inny styl życia dla nich, bo tej Zosi i jej podobnym, to wam, prawdziwym chłopom, nie umiem wybaczyć. Może zaproponuje pan, żeby odciążyli kobiety po żniwach? Może zachęci pan do trzeźwości? No tak, tylko kto by wtedy na pana głosował... Pan poseł Kłopotek chce uchodzić za ostatniego sprawiedliwego, ale na razie to mu tylko to pierwsze wychodzi.
piątek, 11 maja 2012
Jest takie powiedzenie, że mężem, dzieckiem i psem, to się nie pochwalisz. W domyśle, że w najmniej oczekiwanym momencie wytną ci jakiś numer. Teraz do tego powiedzenia dodałabym jeszcze przewodniczącego Solidarności. Niedawno pisałam notkę pełną zachwytów nad panem Dudą. I co? J/w. Dziś zobaczyłam nadętego palanta, który sobie wyobraża, że Polskę zamieszkuje jedynie 2 mln. osób podpisanych pod jego projektem o referendum i że robi przysługę posłom glosującym nad przeprowadzeniem reformy emerytalnej ograniczając ich wolność osobistą, bo gdyby nie to, to ulica by ich na strzępy rozszarpała. Skąd ta pewność? Panu Dudzie nie przyszło do głowy, że ktoś może jednak pokusił się i zapoznał z projektem ustawy. Inaczej nie opowiadałby bzdur, że policjanci ich wspierali, bo sami będą poszkodowani przez ustawę. Sratatata. Tych "poszkodowanych" to, o ile mi wiadomo, jeszcze w służbie nie ma. A tym na służbie ktoś wydał takie, a nie inne polecenia i nie był to na pewno pan Duda. Guzikiewicz zresztą też nie. To ten paskudny Tusk zadbał, żeby się nie stało jakieś nieszczęście. Solidarność zastosowała argument siły. Złamała prawo. Także swoje własne, pozwalając wyjechać Kaczyńskiemu. Kolejny raz spisiała, traktując swoich przeciwników, a tak się składa, że przypadkiem są to posłowie, jak gówniarzy: "niech sobie posiedzą i popracują". Jak tak dobrze poszło, to może Prezydenta, jeśli mu ręka nie zadrży i pióro nie odmówi posłuszeństwa, już nie tylko nie wypuszczać z Belwederu, ale uwięzić na dłużej? Czemu nie? Przecież "wszyscy Polacy" są oburzeni i wściekli, więc niech sobie posiedzi i przemyśli. To już było. I nie wróci. Niech się panu Dudzie nie roi kolejny zamach majowy, bo taki z niego marszałek, jak...wiadomo co.
czwartek, 10 maja 2012
Jarosław Kuźniar wstaje i wie. Wszystko. Nie kryje tego zresztą, szafując ocenami i opiniami, jakby ktoś go o nie pytał. A tak się składa, że nikt nie pyta, bo pan Kuźniar jest od tego, żeby sprawnie poprowadzić program, zadawać mądre pytania i słuchać cierpliwie odpowiedzi. Gości, nie swoich. Żeby nie było, że wszystko źle, świetnie się przy tym bawi, więc tyle dobrego. Do tego, że prowadzącym mylą się role i nader chętnie wcielają się w celebrytów zdążyłam się przyzwyczaić, więc i panu Kuźniarowi pewnie bym odpuściła, gdyby nie pewien jego paskudny zwyczaj przechwalania się zdobytymi jako kierowca punktami karnymi i lekceważący stosunek do przepisów ruchu drogowego. Prawo drogowe to też prawo i należy je szanować, czy nam się to podoba, czy nie. Szczególnie jeśli się jest osobą publiczną, choćby w niepublicznej telewizji. Posiadanie punktów karnych na swoim koncie to żaden powód do dumy. Znam wielu naprawdę dobrych kierowców, którzy ich nie mają, a sprawnie i często przemieszczają się po kraju. Tym, którym polskie prawo drogowe się nie podoba, proponuję łamanie przepisów w UK. Tam pan Kuźniar może sobie poużywać i mieć przy tym dobry nastrój do czasu pierwszego mandatu. Potem pierwszy zdejmie nogę z gazu i stanie się praworządnym obywatelem. Rozumiem, że wysokość polskich mandatów nie psuje nastroju panu Kuźniarowi i jemu podobnym, ale czy pomyśleli choć przez chwilę, że dostosowując jazdę do swoich potrzeb i norm stają się zagrożeniem dla innych? No a poza tym, to zwyczajnie wstyd przechwalać się łamaniem prawa. Choćby tylko drogowego.
wtorek, 08 maja 2012
Francois Hollande i Władimir Putin są mniej więcej w tym samym wieku, zostali prezydentami mniej więcej w tym samym czasie i reprezentują dwa z najbardziej liczących się państw Europejskich. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Obaj prezydenci i ich droga do władzy są tak krańcowo różne, jak położenie geograficzne krajów, z których pochodzą. Francois Hollande nie miał łatwej drogi do prezydentury. Nie był nawet faworytem swojej partii. Został nominowany do startu w wyborach prezydenckich dopiero po skandalu związanym z Dominikiem Strauss-Kahnem, co-rzucając cień na Partię Socjalistyczną- na pewno nie ułatwiło mu zadania. Zupełnie odwrotnie mają się sprawy z Władimirem Putinem. On władzę podał sobie na tacy, bez wysiłku faktycznej rywalizacji i związanego z tym ryzyka przegranej. Hollande, jeszcze do niedawna krytykowany za brak stanowczości i nadmierną miękkość, w debacie musiał pokonać własne słabości żeby stawić czoła pewnemu siebie i zaprawionemu w bojach Nicolasowi Sarkozy'emu. Putin też nastawiał czoła, ale chirurgowi plastycznemu. Razem z Hollandem ze zwycięstwa cieszyło się miliony ludzi. Czy ktoś cieszył się z Putinem nie wiadomo, bo ulice Moskwy na czas jego koronacji były albo puste albo nieobecne w mediach: tylko on i dworzanie; smutny obraz, choć starannie wyreżyserowany. Jedna Europa i dwa bieguny demokracji i władzy. Jak się jawi na tym tle prezydentura Polski, państwa środka kontynentu? W moim odczuciu wcale nieźle. Wprawdzie frekwencja w wyborach prezydenckich i zainteresowanie społeczne nimi, nie jest takie, jak we Francji, ale to przecież młoda demokracja. No i co najważniejsze, mimo księżycowej opozycji opowiadającej o przypadkowości wyboru, nikomu z tego, ani żadnego innego, powodu włos z głowy nie spadł, choć czasem aż ręka świerzbi, żeby nieco przyciąć zbyt wybujałe odrosty.
piątek, 04 maja 2012
Sprzedano na aukcji ostatnią z czterech wersji znanego obrazu Edvarda Mucha "Krzyk". Anonimowy nabywca zapłacił za niego 120 mln dolarów. Sprzedający pozyskane fundusze zamierza spożytkować na cele upamiętniające życie i twórczość autora licytowanego działa. Pewnie powstanie kolejne muzeum lub inne miejsce pamięci. Odwiedzając takie miejsca pamięci zawsze czułam się w nich jak intruz, który za drobną opłatą podgląda życie nieżyjącego już mistrza. Gdybym była tym mistrzem :) na pewno nie chciałabym, żeby jacyś przypadkowi, często znudzeni ludzie, taksowali wzrokiem pamiątki - ślady z mojego życia. Dla publiki były obrazy, a te są w muzeach. I tak się zastanawiam, co dziś, gdyby mógł, zrobiłby z tą niebagatelną sumą sam Munch? Czy na pewno chciałby siebie uwiecznić za pomocą jakiegoś sanktuarium? A może ważniejsza dla niego byłaby wdzięczna pamięć ludzi, którym te pieniądze pozwoliłyby zmienić życie, zrealizować marzenia, podnieść się z kolan, wyzdrowieć? Munch wcześnie stracił matkę i siostrę, wiedział co to żal i ból po stracie najbliższych osób. Sam korzystał ze stypendium w czasie studiów. Być może dzięki niemu stał się sławny. I drogi. Ale czy próżny? Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, ale mnie wolno. Mam do pieniędzy stosunek szczególny: wiem, że same w sobie szczęścia nie dają, ale należy je szanować, każą złotówkę i grosz, bo wydane rozsądnie potrafią zdziałać wiele dobrego, ułatwić życie lub wręcz je uratować.I tak sobie myślę, czy nie nadeszła pora, żeby przewartościować to, co za nie można mieć. W moim głębokim przekonaniu wartością jest nie tylko umiejętność zdobycia (lub zarobienia :) ) pieniędzy, ale także, lub przede wszystkim, sposób ich konsumowania. Dla mnie ktoś, kto się zarzyna do upadłego, często kosztem własnego zdrowia, po to, żeby postawić gmaszysko z basenem jest zwyczajnym palantem. Życie jest takie krótkie - szkoda je marnować dla jakichś rzeczy, które do tego trzeba pilnować, żeby ktoś inny się nimi nie zaopiekował. Prawdziwie mądrą inwestycją jest człowiek. To on poniesie pamięć o dobroczyńcy w kolejne pokolenia skuteczniej, niż wszystkie miejsca pamięci. I tak powinno się wydać ostatni Krzyk.
sobota, 28 kwietnia 2012
Przyszła baba do lekarza i na pytanie: "co pani jest?" odpowiedziała, że jest przemęczona, nieco zdezorientowana, miewa zaniki pamięci i obniżony nastrój. W przypadku baby sprawa jest prosta - odpoczynek, wyciszenie, witaminki i jakieś słodkie na lepszy humorek. Gorzej znacznie, gdy takie objawy ma partia. Platforma nie jest w dobrej formie i nie trzeba sondaży, żeby to zobaczyć. Jej główni fajterzy albo są zmęczeni albo odsunięci na margines. Reszta członków rządzącego ugrupowania sprawia wrażenie, że nie bardzo orientuje się w aktualnej polityce i przyszłych zamierzeniach części rządzącej, co robi fatalne wrażenie, bo bronią sprawy bez przekonania i z wahaniem. Tusk, wzorem panującego obecnie trendu, postawił na partię wodzowską. Miał do tego pełne prawo, bo bez niego PO nie wygrałaby tych wyborów. Jednak podczas gdy Kaczyński I Palikot pracowicie dbają i zabiegają o własne doły partyjne, Tusk pełniąc także funkcję premiera, przewodnicząc prezydencji, angażując się w Euro, ani nie ma na to czasu, ani - jak się wydaje - ochoty. Mówi w wywiadzie wprost o swojej samotności, ale jakoś tak bez żalu i wyrzutów, no bo w istocie jest to jego wybór. Bardzo cenię Donalda Tuska za intelekt, umiejętność komunikowania się z ludźmi (szkoda, że tak rzadko ostatnio wykorzystywaną), elastyczność i odwagę. Zdaję sobie także sprawę, że niełatwo rządzić przy tak upierdliwej opozycji, jaką jest PiS. Jednak popełnia błędy, które mnie w tym samym stopniu zadziwiają, co odstręczają, ponieważ osłabiają partię, nie wzmacniając wcale rządu. Generalnie sprowadzają się one do fatalnego zarządzania zasobami ludzkimi, a tak po ludzku - na małym poszanowaniu dla ludzi. Najdrastyczniejszym i najmniej dla mnie zrozumiałym przykładem jest odsunięcie od stanowiska ministra sprawiedliwości, inteligentnego, zrównoważonego, profesjonalnego i lojalnego Krzysztofa Kwiatkowskiego. Pomijając już, że w efekcie zafundował nam Gowina (który nota bene musi odejść :) ), wspierając tym samym i tak już przerośniętą ponad miarę prawą stronę sceny politycznej, dał wyraźny sygnał dla innych członków partii, gdzie plasuje przymioty, którymi dysponuje Kwiatkowski. Z kolei odsunięcie od tak potrzebnej reformy służby zdrowia Ewy Kopacz, to skrajna nieodpowiedzialność i nieuczciwość wobec Polaków. Zrażenie sobie nowej Solidarności, w chwili kiedy ta za pośrednictwem przewodniczącego Dudy daje akurat przykład rzetelności merytorycznej i chęci współpracy, było, delikatnie rzecz ujmując, nieroztropne. Zarzucam także premierowi Tuskowi to, że wypowiadając się, znacznie częściej zwraca się do opozycji pisowskiej, niż do ogółu obywateli, w tym swoich wyborców. Zastanawiam się więc, kto jest dla niego ważniejszy? Premier Tusk wspiera swój rząd na dwóch mocnych filarach, Sikorskim i Rostowskim. Tyle tylko, że to nie są ludzie Platformy. Będą jej służyć tak długo, jak długo będzie się im to opłacało. Czasem odnoszę wrażenie, że i Tusk też już podąża tą drogą. W rządzie się bywa, a partia powinna istnieć, silna i zwarta, także wtedy, gdy jest w opozycji. Platforma choruje i boję się, że może nie przetrwać. Przy tak małej przewadze koalicyjnej jej posłowie zdają sobie sprawę, że są na wagę złota i część z nich wykorzystuje to (vide poseł Jacek Żalek) promując siebie i swoje poglądy, nie bacząc na skutki dla partii. PO brak spoiwa i kogoś władnego, komu, poza wyborcami, na niej naprawdę zależy. A szkoda. To był dobry projekt. Jedyny, jak na razie, który aktywizował politycznie ludzi z centrum.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Piszę rzadko, znacznie rzadziej niż bym chciała, bo chata im bardziej pełna, tym bardziej absorbująca, ale staram się śledzić co tam panie w polityce, bo uważam, że to lepiej dla mojej chaty, kiedy wiem więcej, niż mniej. Taka wiedza przydaje się choćby przy wyborach, bo nie jest mi wszystko jedno, kto mnie i moją chatę będzie reprezentował i pracował na jej rzecz. Moja chata leży z kraja wielkiej polityki, ale i tak jest dla mnie najważniejsza. No bo jak nie dla mnie, to dla kogo? To jest miejsce na miłość, radość, troskę, strapienie i pracę. Polityka, przynajmniej dla mnie, jest czymś, co mnie interesuje, czasem złości, zadziwia, ale najczęściej, szczególnie ostatnio, bawi. Staram się zachować wobec świata zewnętrznego, a więc także polityki, zdrowy dystans. Mój wpływ na to, co się dzieje poza moją chatą jest niewielki, ale staram się go wykorzystać najlepiej jak umiem. Nie jestem jednak, nikt nie jest, omnipotentna i ta świadomość sprawia, że jeśli mam np. wybierać między Małą, a kłótniami z lewa i prawa oraz rozmemłaniem w centrum, wybieram Małą. Dla niej moje uczucia, uwaga i wysiłek jest naprawdę ważny. Szczerze podziwiam szczere zaangażowanie koleżanek i kolegów blogerów, ale często nachodzi mnie pytanie, czy to faktycznie jest warte tylu nerw? ;) Jasne, że wolałabym, żeby było inaczej. I o tym piszę. Jasne, że czasem szlak mnie trafia, kiedy...ale tylko na chwilę, zanim zdążę napisać notkę :)
Podobno w ostatnich sondażach PiS wyprzedziło PO. Biorąc pod uwagę, jak zachowuje się Tusk po wyborach, to całkiem realne. Czy mi się to podoba? Nie. Czy zamierzam się z tego powodu zamartwiać? Nie. Bo to nic nie da. Trzeba spokojnie przyglądać się, kto poza PO jest najbliższy spełnienia moich oczekiwań wyborczych. No i kto jest skuteczny, komu się jeszcze chce. Na dziś to Palikot. Jak będzie za trzy lata? Zobaczymy. To politycy powinni bić się o nas, nie my za nich. I to ich powinno bardziej obchodzić, co dzieje się w mojej i twojej chacie, niż nas, kto komu bardziej dokopie.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BLOGI KTÓRE CZYTAM
MOJE INNE BLOGI
ZACHĘCAM GORĄCO-ZAJRZYJ
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||